Spacer śladami Bolesława Prusa po Europie
On 21 sierpnia, 2020 | 0 Komentarze

Z uwagi na trwającą jeszcze sytuację zagrożenia epidemiologicznego zdecydowaliśmy, że w tym roku urodzinowy spacer śladami Bolesława Prusa po Lublinie nie odbędzie się w tradycyjnej formule. Wasze zdrowie jest dla nas najważniejsze i nie chcemy narażać Was na niebezpieczeństwo, bo to Wy jesteście istotą naszych corocznych spotkań. Oczywiście nie zapominamy o urodzinach naszego najwybitniejszego Autora i w ramach rekompensaty proponujemy literacką podróż śladami Prusa, tym razem po Europie.

W tym roku, w kolejną rocznicę urodzin Bolesława Prusa, spotkaliśmy się na Facebooku, na stronie wydarzenia Spacer śladami Bolesława Prusa po Europie gdzie mogliście przeczytać fragmenty listów Prusa, w których pisarz dzielił się swoimi wrażeniami z podróży do Paryża, Wiednia, Drezna, Rapperswilu, Charlottenburga, Łucka, ale także do Zakopanego i Wisły. W listach adresowanych głównie do żony Oktawii, Aleksander Głowacki opisywał krajobrazy, budowle i spotkanych ludzi, aby jak najlepiej mogła sobie wyobrazić widziane przez niego miejsca. I tak: Tiergarten w Berlinie staje się „włoskim Lubartowem”, Ren to po prostu nieco większa wersja rzeki Wieprz, a Łuck „z pewnego punktu przypomina Lublin w stronę Kalinowszczyzny”.

Wznieście toast za zdrowie Prusa i podróżujcie z nami!

 

Do żony [Zakopane, 5 sierpnia 1881 r.]

Cóż Ci mam powiedzieć o tutejszej naturze? Dla mnie jest ona po prostu czymś przytłaczającym. Ustaw 5 lub 6 gór sławinkowskich jedną na drugiej, a będziesz miała obraz tutejszych wzgórzy. O górach nie mówię, ponieważ tylko z daleka patrzę na ich szczyty.

Powietrze po prostu upaja. Jest ono rzadsze, a więc lżejsze, a jak czyste!… Jaki tu zapach ma siano!… Jak się łatwo i pełno oddycha, jak się nic nie męczy!… Biegłem np. cwałem około wiorsty i nie czułem zmęczenia, po zmęczeniu dochodzącym do utraty sił, prawie do omdlenia, ludzie krzepią się w ciągu kilku minut. Do dziś dnia nie mogę się jeszcze połapać z pięknością tutejszych dolinek, a cóż mówić o dolinach, których nie widziałem. Nieraz bardzo mi żal, że nie jesteś tu i nie widzisz tych istotnie – cudów, ale przypomniawszy sobie, żeśmy oboje zdenerwowani, wolę, że nie jesteś. Na przyszły rok, da Bóg doczekać, gdy ja się oswoję z widokami, będę mógł Cię oprowadzać i usługiwać Ci, czego dziś bym nie potrafił. Ludzi huk, warszawiaków mnóstwo.

 

 

 

Do żony [Zakopane, 15 sierpnia 1881 r.]

[…] Nie masz pojęcia o piękności tutejszych dolin. Z dwu stron góry pokryte lasem świerków, przez środek po łożysku najeżonym wielkimi kamieniami, pomiędzy trawą i mchem płynie potok. Co krok zakręt, co krok wodospad. Szum jakby od kół młynarskich, a nad tym wszystkim półmrok. Gdzie nie ma wodospadów, tam woda przejrzysta jak brylant.

 

 

Do żony [Wiedeń, 15 września 1881 r.]

Wiedeń jest miastem b. ładnym, pięknym i – dziwnie sympatycznym. Mimo kompletnej nieznajomości języka nie czuję się tu obcym. Ludność jest wesoła, grzeczna i dobroduszna; uczynność wielka, uczciwość także. Co krok wzdycham tu, porównywając Wiedeń z Warszawą.

[…] Kobiety są tu bardzo ładne, podobno najładniejsze w Europie, ale… warszawianki niewiele przy nich tracą. Nb. wiedenki są skromniej ubrane, a owe ich „wielkie nogi i ręce” należą do bajek. Widać tylko, że trzewiki inaczej są robione niż u nas, są wygodniejsze. Byłem w Operze i teatrze „An der Wien”. Oba o całe niebo lepsze od naszego. To samo wystawa Tow.[arzystwa] Sztuk Pięk.[nych], z której przekonałem się, że nasi malarze nie malują, ale bazgrzą. O muzeach nie wspominam; są to cudowne zbiory, jakich nawet wnukowie nasi nie zobaczą w Warszawie.

Do żony

[Berlin, 20 maja 1895 r.]

Moja miła Laluniu!

Piszę 20 maja, o godz. 11 w nocy, po powrocie… z Wenecji!… Tak jest. Około Tiergartenu jest ogromny plac zabudowany a la Venezia, pt. Wystawa włoska. Są tam wina, muzykanci, strażnicy, kwieciarki, kanały, gondole itd. – włoskie. I naprawdę można mieć złudzenie, że się jest jeżeli nie w Wenecji, to przynajmniej w jakimś włoskim Lubartowie.

Onegdaj zaś byłem ani mniej, ani więcej, tylko na… okręcie na morzu!… Jest to panorama tak łudząca, że na widok owego morza w pierwszej chwili cofnąłem się. Wnet jednak opanowany przez widziadło zapomniałem nie tylko o sobie, ale nawet o moich nerwach.

Boże mój, cóż to za cudowny widok morze, choć znam je tylko z panoramy! Sto razy czytaliśmy jego opisy i – żaden nie daje najlżejszego pojęcia. Jest to tak nowy świat wrażeń, że naprawdę można tylko uklęknąć, gdyby to godziło się z moim wiekiem.

[…] Dziś przeniosłem się do Charlottenburga. Mam pokoik czysty, elegancki, naprzeciw ogrodów, za… jedną markę na dzień! A jaka to ładna okolica… Wyobraź sobie mnóstwo ogrodów, pociętych lipowymi alejami jak w Puławach, a wśród tego – gmachy i pałacyki, koleje, tramwaje itd.

Do żony

[Berlin, 15 czerwca 1895 r.]

W Berlinie już rozejrzałem się. Nie widziałem, naturalnie, wszystkiego (ba!…), ale już rozumiem stolicę Niemiec. Miasto piękne, za piękne, ale zimne jak lód. Za miliony nie chciałbym tu mieszkać całe życie. Mieszkania wyborne i tanie, wyroby bardzo tanie, jedzenie zaś drogie i niesmaczne. Wybiegam też czasami „na wieś”. Boże, jaka tu wieś pod Berlinem: pałace i kamienice. Ale za to zboże gęste i wysokie, a główki kapusty, wykluwające się dopiero, jak przetaki. A co za ruch! Wałęsając się obok kolei obwodowej, rachowałem pociągi: co minutę jeden!… W żadnym poważnym teatrze nie byłem tu i nie będę; chowam się na Drezno i z przyjemnością myślę o opuszczeniu Berlina. Tu ludzie są uczciwi, dobrzy i nawet grzeczni, ale chyba mają kamienne serca – taki dziwny ich wygląd i zachowanie. Jest to naród, w którym rozwinęła się myśl i wola ze szkodą uczucia. Za to gmachy publiczne – imponują, choć chłodne, a domy prywatne – pałace. Co krok to jakiś budynek staroniemiecki (ratusz w Kazimierzu…) albo zamek z wieżyczkami i gotyckimi oknami. Wszystko zaś tonie wśród pysznych ogrodów, a ja – mimo to – zazdroszczę Wam lasu.

Do żony

[Drezno, 18 czerwca 1895 r.]

Moje Kochane Złotko!

I co powiesz, że jestem od wczoraj w Dreźnie? O ile Berlin jest miastem imponującym, przeładowanym pychą i nowym, o ile odpycha w końcu, o tyle Drezno jest stare, artystyczne i przytulne. Berlina z Warszawą porównywać nie można, nawet pod względem zewnętrznym: jego domy i ulice są jakieś inne. Tu zaś co krok widzę podobieństwo do Warszawy, choć, rozumie się, upiększone. Uwydatnia to szczególniej Alt Markt, wcale podobny do Rynku Starego Miasta. Za to kościoły, teatr, pałac królewski i „Zwinger” (zbiór muzeów: malarstwo, nauki przyrodnicze itp.) jest cudo, zbudowane w stylu roccoco.

[…] Widziałem tu „Madonną” Rafaela: 6 razy wracałem do niej. Powierzchownie obraz nie przedstawia nic osobliwego: taki sobie. Tymczasem, ile razy spojrzałem, dostawałem dreszczów. W tym obrazie jest rzeczywiście coś strasznego: można by uwierzyć w jakieś czary czy zaklęcia. Po prostu nie rozumiem tego: żadna rzecz nie robi podobnego wrażenia. Może to skutek kolosalnej sławy i naczytania się. Powiadam Ci: jest to coś dziwnego, czego określić nie mogę. Chwilami zdawało mi się, że rozpłaczę się bez najmniejszej racji, gdyż powtarzam: obraz jest taki sobie, przynajmniej tak się wydaje. Może Matka Boska Częstochowska rozlewa taki sam czar dzięki wierze milionów.

Do żony

[Rapperswil, 2 lipca 1895 r.]

 

Rapperswil jest to wieś, ale murowana jak nasze miasta i ma prawie przy każdym domu ogródek, jak u nas Botaniczny (!) ze względu na roślinność. Wszystko tu kąpie się w różach. Od południa i zachodu ma śliczne Jezioro Zuryskie i – ze wszystkich stron cudowne, zielone wzgórza, jak Gubałówka w Zakopanem; spoza nich dopiero nieco wyglądają wielkie skały, a nawet szczyty śnieżne.

[…] Lud w Stuttgarcie i tutaj bardzo miły. Szczególniej Szwajcarzy, mimo że nie są ani ładni, ani szykowni, są dziwnie szlachetnym narodem. Trudno opisać, jak sympatyczne uczucia budzą mimo swojej prostoty. Wszyscy witają się na ulicy, starzy i młodzi, i często słychać śpiewy chóralne. Słowem – jest lud mający serce, czego np. berlińczykom stanowczo brakuje. […] Jeżeli Berlin jest wielką szkołą wiedzy i energii, to Szwajcaria jest szkołą energii spokojnej i szlachetności. Złoty naród! W drodze, z mostu kolejowego, widziałem wodospad Renu. Imponujące zjawisko. Rzeka szeroka jak Wieprz (może szersza), koloru szmaragdu poplamionego szafirem, rzuca się z wysokości kilku piętr między skały i rozbija się na kryształ i srebro.

Do żony

[Rapperswil, 14 lipca 1895 r.]

Mój miły Ptaszeczku!

Całuję Ci rączki za Twój liścik, chwała Bogu, że już przeniosłaś się i że jesteście zdrowi.

Już 15 dni siedzę nad cudownym Zuryskim Jeziorem. Zwykle ma ono kolor szmaragdu, czasami turkusu, a nawet grynszpanu. Otaczają go wzgórza jak Gubałówka, spoza których w kącie połud.[niowo]-wschod.[nim] wychyla się kilka skalistych siwych szczytów i jeden okryty śniegiem.

Wzgórza nad jeziorem są obsypane domami, a tuż nad wodą co wiorstę stoi jakieś miasteczko. Wszystko tworzy niezrównanej piękności całość.

[…] Styl tutejszych budowli jest znowu inny, niż widziałem dotychczas: szwajcarski. Nie zawsze jest ładny, ale oryginalny. A co tu ogródków przy domach. A jakie ładne, jak ogrodzone żelaznymi sztachetami lub drucianą siatką… I pomyśleć, że Rappers.[wil] jest 2 lub 3 razy mniejszy od Lubartowa.

Do żony

[Rapperswil, 8 sierpnia 1895 r.]

[…] Dolina tutejsza jest podobna trochę do Zakopanego, ale ma Jezioro Zuryskie koloru zielonego, roślinność bogatszą niż u nas (jest o 4° cieplej w ciągu roku) i pełno życia. Nie potrafię Ci opisać, jak piękne jest jezioro otoczone górami, na których pełno wsi i domków, a między nimi łąki i ciemne lasy jak w Szczawnicy. Szczególniej cudnie wyglądają białe miasteczka przy jeziorze: zdaje się, że stoją w wodzie. Miasteczek takich jest około 25!…

Widziałem też winnice. Z daleka podobne są do łanów tyczkowej fasoli (bo wino rośnie na tyczkach). Słowem, kraj dziwo, ale – tęsknota i agorafobia psują mi zabawę. Może zresztą i zarzucenie tytoniu trochę wpływa na humor.

 

Do żony

[Paryż, 22 sierpnia 1895 r.]

[…] Paryż nie imponuje mi. Wszystko tu olbrzymie: ulice po kilka wiorst, place niby pola, domy po 6 pięter, pomniki jak domy, nareszcie wieża Eiffla!… Ale te ulice są brudne i śmierdzą, kamienice podobne do siebie jak krople wody i nudne. Zdumiewa ruch na bulwarach środkowych, od kościoła Magdaleny do bram: St. Martin i St. Denis. Istotnie – ludzi i powozów tyle, jak u nas przy powrocie z wyścigów. Ale i to prędko nuży.

Sklepy są pyszne, ale – znowu po berlińskich nie bardzo imponują.

Słowem: Drezno jest milsze od Paryża, Norymberga ciekawsza, Berlin rozmaitszy pod względem budowli. Budownictwo paryskie prywatne, istotnie mizerne, przynajmniej z prawej strony Sekwany. Gmachy publiczne są wielkie, ale… ustępują mniejszym drezdeńskim!…

Jestem kompletnie rozczarowany, choć zbiory są tu pyszne i wysoka cywilizacja.

Ażeby jednak to poznać, musiałbym tu siedzieć miesiące.

Do Władysławy i Juliana Adolfa Święcickich

[Paryż, 27 sierpnia 1895 r.]

[…] Obecnie jestem w Paryżu od 16 VIII. Poznałem zaledwie cząstkę tego miasta, ale widziałem sporo i – nie jestem zachwycony. Pod względem architektonicznym Paryż ani umywa się do miast niemieckich.

Niezmierne ulice zabudowane nudnymi koszarami, od czasu do czasu jakaś budowla renaissence lub roccoco (zapominam pisać!) – oto i wszystko.

Prawda, że życie jest nadzwyczajne, nawet teraz, w ogórkowej porze. Ale mieszkać bym tu nie chciał, jak zresztą nigdzie poza krajem.

Reasumując moje wrażenia, powiem: najwięcej zachwyca mnie w Paryżu to, że już za kilka dni wyjadę.

Do Władysławy i Juliana Adolfa Święcickich

[Wisła, 22 czerwca 1900 r.]

Ponieważ, obyczajem starożytnych Lacedemończyków, całą podróż z Ustronia do Wisły odbyłem z zamkniętymi oczyma, a obecną moją turystowską działalność zamykam w granicach jednego kilometra, niewiele zatem mogę powiedzieć o wszystkich tutejszych pięknościach. W każdym razie jest to okolica niepospolicie ładna i łagodna, nasycona powietrzem czystym i miękkim. Na szczytach lasy świerkowe i bukowe, w dolinie lipy i klony, drzewa owocowe i pola bardzo urozmaicone, a nade wszystko staranniej niż u nas uprawiane…

Do Aliny Sacewiczowej

[Wisła, 12 lipca 1900 r.]

Szanowna Pani!

Już minęło trzy tygodnie z okładem, jak jestem na wakacjach, a dotychczas uzyskałem tylko jedno: przekonałem się, że moje nerwy były mocno rozklekotane. Przez pierwszy dziesiątek dni po prostu męczyły mnie tutejsze mostki, górki, strumyki i dopiero teraz zaczynam się godzić z nimi, choć i poprzednio uznawałem ich piękność.

Dolina Wisły ma 1 wiorsty szerokości, a kilkanaście wiorst długości, dzięki różnym zakrętom dzieli się na części, z których każda tworzy osobną okolicę i osobny widnokrąg. Ta część, w której mieszkamy i gdzie ja odbywam spacery, ma z wiorstę długości i przypomina nałęczowskie wąwozy Jasińsk. lub Kwaśn. Trzeba tylko rozszerzyć je, jak wspomniałem, na 1 wiorsty, wydłużyć na wiorstę, a wzgórza podzielić do wysokości 2–3 razy większej aniżeli pod Kazimierzem. Wszystko to – dolina i wzgórza – jest zielone, składa się bowiem z pól, łąk, lasów świerkowych i3 bukowych bez śladu skał. A wśród tego płynie z szumem Wisła szeroka na 20 kroków, płytka na łokieć, wysypana kamieniami, zacieniona gajami, ozdobiona niezapominajkami, rumiankami itp. Roślinność jest tu bardzo bogata, co też czuć w powietrzu, które jest jakieś dziwnie łagodne i pachnące. Wisła jest miejscowością czasów przyszłych. Posiada wprawdzie kościółki, szkoły elementarne, hotel, sklep (w którym jest wszystko pod słońcem) i – parę szynków, ale jeszcze trudno w niej znaleźć mieszkania, brak doktora, apteki, a nade wszystko gości. W tej chwili np. znajduje się tu 5–6 rodzin przyjezdnych, które w dodatku wcale nie łączą się ze sobą i tak jest najlepiej.

Do żony

[Łuck, 21 września 1910 r.]

Najmilsza Laluniu!

Nie potrafię Ci opowiedzieć, z jaką radością i wdzięcznością znalazłem na poczcie Twój list, ażem go ucałował. Cieszę się, żeś zdrowa i że nie zaszkodziły Ci trudy podróży z mnóstwem gratów…

[…] Ponieważ mam zamiar drukować wrażenia z tej podróży1, więc nie będę Ci opowiadał: jak Łuck wygląda; wspomnę tylko, że miasteczko stoi na wzgórzu nad Styrem, jest sympatyczne, nawet schludne (!), a z pewnego punktu przypomina Lublin w stronę Kalinowszczyzny.

Owoce wyborne, pieczywo i wędliny smaczniejsze od warszawskich, tylko woda marna. W każdym razie więcej czuć tu polskość aniżeli w ohydnym Kowlu. Aha: o małom nie zapomniał. W moim pokoju sypialnym, tak dużym jak Twój w Nałęczowie, w mleczarni, mam przed oknem o paręset kroków czworoboczną wieżę zamku, podobno przedwitoldowego. Dodaj blady księżyc, a będziesz miała pojęcie o widoku!

 

prus